31 grudnia 2015

Rozdział V. W poszukiwaniu ratunku

Alexis

Alexis czuła, jakby coś uciskało jej serce. Nie mogła oderwać wzroku od martwego ciała staruszki, która zaledwie dwa dni temu ściskała jej dłoń w rozpaczliwym uścisku. Teraz ta sama kobieta leżała na czerwonym od swojej krwi piasku, a jej ręka, oderwana od ciała, została przysłonięta przez położone w miejscu rozerwania skóry kwiaty. Mogłoby się wydawać, że staruszka jedynie spała, gdyby nie to, że jej twarz na wieczność zastygła w wyrazie spowodowanego przez katastrofę przerażenia. Australijka uklęknęła obok, ujmując jej drugą, nienaruszoną dłoń w swoją. Targały nią przeróżne emocje, od smutku, po złość na samą siebie. Jakaś tajemnicza, nieznajoma osoba zrobiła to, co powinna była zrobić ona. Ktoś uczcił pamięć wszystkich ofiar katastrofy poprzez multum małych gestów, takich jak położenie obok nich kwiatów, podczas gdy Alexis i reszta ocalałych w popłochu uciekli z miejsca katastrofy, nawet nie oglądając się za siebie.
Nie było jednak czasu na wyrzuty sumienia, dlatego odganiając łzy, podniosła się z piasku. Obecnie najważniejszym zadaniem stało się znalezienie osoby odpowiedzialnej za ten symboliczny pogrzeb. Jeżeli wyspa rzeczywiście była zamieszkana, znaczyło to bowiem, iż byli uratowani.
– Te kwiaty są świeżo ścięte – orzekł w zamyśleniu Reuben, który w międzyczasie uklęknął obok jednej z ofiar - Osoba, która je tu położyła, nie mogła odejść daleko.
Ta informacja podziałała na siódemkę rozbitków motywująco. Dotychczas nieruchomi z szoku i milczący, poruszyli się niespokojnie, rozglądając na wszystkie strony. Conrad rozsądnie zaproponował rozdzielenie się i była to pierwsza mądra rzecz, która padła z jego ust od kilkunastu godzin. Podczas gdy mężczyźni zdążyli się rozejść we wszystkie możliwe strony, Alexis przypadły w udziale okolice kokpitu. Z każdym kolejnym krokiem czuła się coraz gorzej, a widząc przed sobą stojący pionowo dziób samolotu, zalały ją nieprzyjemne wspomnienia wczorajszego dnia. Pamiętała zmasakrowane ciało pilota, słowa, którym nie chciała dać wiary, wreszcie krew tryskającą z jego gardła, gdy przeciął sobie serce. Mogła się domyślić, że człowiek, który niósł brzemię zabicia kilkudziesięciu osób, targnie się na swoje życie. Była studentką trzeciego roku psychologii. Powinna była wiedzieć. Pytanie tylko... czy naprawdę nie wiedziała?
Straszliwa świadomość sprawiła, że musiała oprzeć dłonie na kolanach, by nie upaść. Oczywiście, że się tego domyśliła. Kątem oka zarejestrowała nawet, że chwycił w rękę odłamek szkła. I nie zrobiła nic, dosłownie nic, by go powstrzymać. Tylko dlatego, że w pewnym stopniu obwiniała go za katastrofę, pozwoliła mu obwiniać samego siebie. Kiedy tak stała, zgięta wpół, została oślepiona przez odbijający się od czegoś pod jej nogami promień słoneczny. Odwróciła wzrok, by po chwili spojrzeć na tajemniczą rzecz ponownie. Zwykła, czarna torebka była do połowy przysypana przez piasek, a z powstałej w wyniku katastrofy dziury wystawał kawałek metalu, od którego odbijało się światło. Alexis schyliła się, by podnieść dziwnie ciężkie znalezisko. Jeszcze zanim rozsunęła zamek kopertówki, podświadomie wiedziała, co znajdowało się w środku. Nie zmieniło to faktu, że trzymając w swoich dłoniach najprawdziwszy pistolet, wciągnęła z sykiem powietrze. Czy to jakiś okrutny żart, pomyślała, rozglądając się na boki. Ona, która właśnie zdała sobie sprawę, że była winna śmierci innej osoby, znalazła jedno z wielu wymyślonych przez ludzkość narzędzi mordu. Wzięła głęboki wdech, zastanawiając się, co robić. Wiedziała, że powinna była o tym komuś powiedzieć. Razem z innymi zastanowić się, kto i w jakim celu wniósł pistolet na pokład samolotu. Powstrzymywały ją jednak wrodzona nieufność i zdrowy rozsądek. Możliwe, że posiadaczem broni była osoba już nieżyjąca, ale istniało również prawdopodobieństwo, iż osoba ta wciąż była wśród nich. Drżącymi dłońmi zasunęła torebkę z powrotem, po czym ukryła ją na samym dole swojego plecaka. Na razie nikt nie powinien o tym wiedzieć, bowiem niebezpieczne rzeczy się działy, gdy jednostka nabierała przeświadczenia, iż jeden przedmiot mógł jej zapewnić panowanie nad masą. Pistolet będzie najbezpieczniejszy przy niej, która nigdy, przenigdy nawet nie pomyśli o tym, by go użyć. Ponownie rozejrzała się wokół i upewniwszy się, że nikt jej nie widział, na chwiejnych nogach ruszyła przed siebie. Nie wiedziała, że na wyspie zawsze był ktoś, kto ją obserwował.
– Znaleźliście kogoś? – krzyknął po jakimś czasie Reuben, a echo jego słów poniosło się po plaży. Powoli wszyscy zbierali się w miejscu, w którym się rozdzielili, a na ich twarzach odmalowywało się przygnębienie. Po tym, jak znalazła pistolet, Alexis była zbyt nieobecna myślami, by szukać osoby, która położyła kwiaty przy zmarłych. Zostawiła to zadanie swoim towarzyszom, ale nikomu nie udało się znaleźć nic, prócz resztek jedzenia i picia. Jedynie Conrad wypatrzył w piasku sfatygowany egzemplarz „Przeminęło z wiatrem”, na którego stronie tytułowej widniała zapisana topornymi literami dedykacja „Dla mojej księżniczki w dniu urodzin, tata”. Przytłoczona ostatnimi wydarzeniami Alexis nie ucieszyła się z tego znaleziska tak, jak powinna, choć poczuła się lepiej wiedząc, że nawet jeśli miała się nigdy nie wydostać z wyspy, miała jakąś pamiątkę po ojcu.
– Nie, ale widzę jakąś małpę! – odkrzyknął Christian z linii dżungli.  O kurczę, zbliża się do mnie... A nie, fałszywy alarm, to tylko William!
Reuben wywrócił oczami i idąc za przykładem dwójki pozostałych mężczyzn, położył plecak na piasku. Alexis chętnie postąpiłaby tak ze swoim, ale mając świadomość tego, co się w nim znajdowało, bała się go choć na chwilę puścić. Bawiąc się nerwowo palcami, złapała podejrzliwe spojrzenie Conrada. Była mu wdzięczna, że przekazał jej książkę, ale nie znaczyło to, że zapałała do niego sympatią.
– Co? – warknęła.
– Dlaczego mam wrażenie, że coś ukrywasz? – spytał, potwierdzając, że ich chwilowy sojusz również na nim nie robił wrażenia. Z irytacją wyrzuciła ręce do góry, ale plecak zaczął jej ciążyć tak bardzo, iż odważyła się podstawić go na ziemi.
– Nie mam pojęcia, o co ci chodzi – powiedziała powoli, cały czas patrząc mu w oczy. Wiedząc, że nie zamierzał się na to nabrać, dodała cicho: – Jeśli chcesz się bawić w podejrzliwość, proszę bardzo. Ale pamiętaj, że ta nieufność działa w obie strony. A mam wrażenie, że z naszej dwójki to ty masz więcej do ukrycia.
Conrad nieznacznie zacisnął dłoń na szelce swojego plecaka, co upewniło Australijkę w przekonaniu, że nie była jedyną, która miała tajemnicę. Christian, który właśnie do nich dołączył, w rękach niosąc batoniki i wafle ryżowe, zagwizdał cicho. W ślad za nim do rozbitków doczłapał jeszcze jeden chłopak. Wyglądał żałośnie – ubranie miał potargane, włosy roztrzepane, a na brudnej twarzy malowało się zawstydzenie.
– Zgubiłem buta – wybąkał William, kiedy uwaga wszystkich rozbitków skupiła się na nim i na jego dziurawej skarpetce.
– Jak to zgubiłeś buta? – zdumiała się Alexis.
Wzruszył ramionami, a końcówki jego uszu zrobiły się czerwone.
– Musiał mi spaść, kiedy wchodziłem na drzewo...
Australijka była rozdarta między rozdrażnieniem, a chęcią wybuchnięcia śmiechem.
– A czy mogę wiedzieć po co, u diabła, wchodziłeś na drzewo? – spytała najspokojniej, jak umiała.
Zaszurał nogami po piasku, jednocześnie spuszczając głowę, co przywodziło na myśl zawstydzonego szczeniaka.
– Pomyślałem, że stamtąd uda się najwięcej zobaczyć...
– … Ale spadłeś – dokończyła kobieta, wymownie spoglądając na jego poszarpane ubranie. Christian poklepał przyjaciela po ramieniu, z trudem powstrzymując się od śmiechu.
– Na małpę to byś się jednak nie nadawał, stary. Przyniósłbyś wstyd temu gatunkowi.
Wszyscy wybuchnęli śmiechem, a po godzinach przygnębienia był to niesamowicie miły dźwięk. Wśród ogólnej wesołości William zrobił naburmuszoną minę.
– A nie chcecie wiedzieć, co udało mi się zobaczyć? – spytał, błyskawicznie ucinając chichoty. Wypiął dumnie pierś i kontynuował:  Jakieś dwa, trzy kilometry od nas, nad drzewami unosi się dym. Ktoś rozpalił ognisko.
– Jesteś całkowicie pewny? – spytał poważnie Conrad i nie byłby sobą, gdyby zaraz nie dodał złośliwie – Czy może to efekt uderzenia się w głowę przy upadku?
– Hej! – zawołał ostrzegawczo Christian, a jego wesołość się ulotniła. Najwyraźniej on mógł sobie stroić żarty z przyjaciela, ale nie zamierzał pozwolić na to nikomu innemu.
– Zamiast się wzajemnie irytować, lepiej pomyślcie, co zrobić, żebyśmy nie zgubili się w lesie – powiedziała spokojnie Australijka, ucinając sprzeczkę.
Był to spory problem, bowiem wejść do dżungli nie było trudno, ale znaleźć drogę powrotną... to było wyzwanie. Alexis przemknęło przez myśl znaczenie drogi nicią, jak w micie o Minotaurze, ale zaraz potem uświadomiła sobie, że przecież nie mieli żadnej nici. Nie mieli również kredy, którą mogliby znaczyć drzewa, ani nawet nie posiadali nic, co mogliby kłaść na drodze. Ku zaskoczeniu wszystkich, to małomówny Reuben wreszcie przerwał ciszę:
– Wydaje mi się... że mam pewien pomysł.
Kilkanaście minut później, po znalezieniu buta Williama i zrealizowaniu straszliwego planu Reubena, siódemka rozbitków wkroczyła do dżungli. Gdyby nie to, że zaledwie kilka kroków w tył świeciło jasne słońce, można by pomyśleć, iż zapadał zmrok. Osiągające wysokość trzech metrów drzewa rzucały cień, sprawiając, że las tonął w mroku. Mimo że Alexis nigdy nie stroniła od wędrownych wycieczek szkolnych, jeszcze nigdy nie była w podobnym miejscu. Otaczająca ją flora nie przypominała zwykłego lasu, idealnie jednak wpasowywała się w obraz widzianych przez nią w telewizji puszczy równikowych. Ogromnych, wilgotnych, obfitujących w niebezpieczne zwierzęta puszczy równikowych. Obiecała sobie, że gdy tylko się na chwilę zatrzymają, przeniesie pistolet z dna plecaka na jego wierzch. Tak na wszelki wypadek.
Szli w zwartej grupie, na czele której kroczył Reuben z workiem krwi w ręce. Raz co raz zanurzał w nim palec i znaczył mijane drzewa. Alexis nie mogła na to patrzeć, ponieważ wiedziała, skąd pochodziła substancja. Niedaleko wraku, na metalowej blasze, zebrała się kałuża krwi, sącząca się z głowy młodej, niemającej więcej, niż piętnaście lat, dziewczyny. Afroamerykanin obmyślił straszliwy plan, by przelać ciesz do woreczka i znaczyć nią drzewa. Jakkolwiek przerażający był to pomysł, gdyby nie on, nadal staliby na plaży, nie mając żadnej szansy na znalezienie ratunku. Desperacka chęć wydostania się z wyspy pchała rozbitków ku desperackim metodom.
– Alexis, masz chwilę? – rozległ się nagle obok niej głos, na co podskoczyła ze strachu, a jej serce zaczęło wybijać szaleńczy rytm. Przyłożywszy do niego rękę, spojrzała w czarne oczy Christiana.
– Już drugi raz mnie straszysz! – wysapała, szturchając go ramieniem.  O co chodzi?
Chłopak przytrzymał ją za rękę i dopiero gdy inni ich wyprzedzili, pochylił się w jej kierunku... Gwałtownie odchyliła głowę do tyłu, robiąc wielkie oczy.
– Co ty robisz? – wykrztusiła, odsuwając się od niego. Zmarszczył brwi, patrząc na nią z konsternacją.
– Co ty robisz? – odparł zdumiony, po czym spojrzał, jak daleko byli inni i ponownie pochylił się w jej kierunku:  William by mnie zabił, gdyby wiedział, że ci o tym mówię, ale... widzisz, on jest chory. Od dwóch lat choruje na schizofrenię.
Alexis przejechała dłońmi po twarzy, próbując ukryć rumieniec, który pokrył jej policzki. Podczas gdy Christian chciał podzielić się z nią obawami dotyczącymi przyjaciela, ona myślała, że chciał ją pocałować. Nie byłaby taka przewrażliwiona, gdyby nie to, że jej pierwszy pocałunek z Judem odbył się właśnie w lesie. Co prawda wtedy byli na pikniku, a nie wędrówce w poszukiwaniu ratunku, ale sceneria była podobna. Spróbowała skupić myśli, jednocześnie wodząc wzrokiem za idącym w oddali sprężystym krokiem rudzielcem. Wiadomość o jego chorobie nie zaskoczyła jej tak bardzo, jak stałoby się to kilka godzin temu. Z kimś, kto zgubił buta i nie wiedział, jak to się stało, nie mogło być wszystko w porządku.
– Jego leki były w bagażu podręcznym, a przynajmniej tak mi powiedział – kontynuował chłopak, mierzwiąc sobie włosy z roztargnieniem. – Kiedy się dzisiaj rozdzieliliśmy i William próbował wejść na drzewo, mi udało znaleźć się jego plecak. Było w nim wszystko, oprócz leków, więc przypuszczam, że po prostu zapomniał ich zapakować. Bez tych leków on staje się całkowicie inną, szaloną osobą... Niebezpieczną nie tylko dla siebie, ale i dla otoczenia. Nie mam pojęcia, co robić, Alexis. Przepraszam, że cię tym obarczam, ale po prostu nie chcę zostać z tym sam.
Uścisnęła jego dłoń, uśmiechając się smutno. Zarówno on, jak i William, mieli jedynie osiemnaście lat. Alexis miała dwadzieścia jeden. Jak cholernie niesprawiedliwy był to świat, w którym osoby w ich wieku musiały borykać się z takimi problemami.
– Nie będziesz z tym sam – przyrzekła, jednocześnie czując, że brała na swoje barki zbyt wiele. Możliwe, że któregoś dnia ugnie się pod ciężarem obowiązków, które tak lekkomyślnie przyjmowała. –Cokolwiek się stanie, masz moje wsparcie. Tylko nie strasz mnie więcej, bo trzeciego razu mogę nie przeżyć!
Roześmiał się, ściskając jej dłoń w geście podziękowania, po czym szybkim krokiem ruszyli naprzód, chcąc dogonić pozostałych... Tylko że pozostałych nigdzie nie było. Czując ogarniające ją przerażenie, Australijka rozejrzała się wkoło, ale otaczała ich jedynie ciemność i nieskończona ilość drzew. Razem z Christianem po kolei wołali innych rozbitków, jednak odpowiadało im jedynie echo ich krzyków. Zanim całkowicie pochłonął ich strach, Alexis przypomniała sobie o oznaczaniu drzew i nieco uspokojona, zaczęła sprawdzać te stojące najbliżej niej. Przerażenie powróciło, gdy zobaczyła, że żadne z nich nie miało na sobie krwawego znaku.
– Tutaj! – krzyknął Christian z ulgą, wskazując oddalony od niej o kilkadziesiąt kroków pień. Dopiero widząc wymalowany na nim znak „x” poczuła, że znowu może oddychać pełną piersią.
– Nie wierzę, że tak nas zostawili – mruknęła, gdy wznowili wędrówkę. Z niepokojem rozglądała się na boki, kurczowo ściskając szelki swojego plecaka. – Przecież musieli zauważyć, że nas nie ma!
– Pewnie już po nas zawrócili... – odparł bez przekonania Christian, a gdy mimo kolejnych minut marszu, nikt nie wyłaniał się z ciemności, dodał: – Albo coś ich zjadło.
W tym samym momencie, w którym uderzyła go lekko w ramię, usłyszała pewien dźwięk, tak niespotykany w nienaturalnie cichym lesie. Przyłożyła palec do ust w geście ucieszenia.
– Co? – wyszeptał Christian.  Bestia ma ochotę na podwieczorek?
Zrobiła kilka kroków do przodu i teraz już nie miała wątpliwości, że zza gęstwiny drzew dobiegał donośny, irytujący głos.
– Niestety – westchnęła. – Nadal nic nie pożarło Conrada.
Musieli minąć jeszcze kilka naznaczonych krwią drzew i odgarnąć sprzed nosa dziesiątki irytujących gałęzi, nim dołączyli do grupy. Rozbitkowie nie uraczyli spóźnialskich nawet spojrzeniem, bowiem ich uwagę zaprzątał znacznie ważniejszy fakt. Alexis przepchała się na przód grupy, by zobaczyć powód zamieszania. Na wysokości jej oczu w pień drzewa wbita była złota strzała. Liście pod jej nogami natomiast zabarwiły się na czerwono, co znaczyło, że niedawno musiało na nich leżeć postrzelone zwierzę. Ten mały ślad po polowaniu był kolejnym dowodem na to, że nie byli na wyspie sami. Pytanie tylko, w jakim miejscu się znaleźli, skoro jego mieszkańcy mogli sobie pozwolić na beztroską stratę wykonanych ze złota przedmiotów?
– Strzała została wystrzelona z tamtego miejsca – odezwał się Reuben, wskazując dłonią las przed nimi. – To znaczy, że zmierzamy w dobrym kierunku. Lada moment powinniśmy się natknąć na ognisko, które widział William.
A jednak minęła godzina, potem kolejna, a nie natrafili już na żaden, nawet najmniejszy ślad obecności drugiego człowieka. Worek z krwią powoli się wyczerpywał, choć Reuben dokładał wszelkich starań, by niepotrzebnie nie zaznaczać zbyt wielu drzew. Im dalej szli, tym atmosfera robiła się bardziej napięta, a ciemność bardziej przerażająca. Każdy ich krok odbijał się echem, a cisza wydawała się spokojem przed burzą. Nikt z nich nie zapomniał, że to właśnie z tego lasu wcześniejszej nocy wyszedł przerażająco ogromny dzik. Byłoby głupotą sądzić, że puszcza nie skrywała innych potworów.
Brak snu porządnie dawał się Alexis we znaki i aktualnie to właśnie zmęczenie było jej największym wrogiem. Nie zmrużyła oka od ponad pięćdziesięciu godzin, dlatego nic dziwnego, że czuła się wyczerpana. Nie przypuszczała, że wyprawa zajmie tak wiele czasu i zmusi ich do przejścia tak dużej ilości kilometrów. Miała wrażenie, że plecak robił się coraz cięższy, niebezpiecznie ciągnąc ją do tyłu. Obawiała się, że w każdej chwili może zemdleć, a wszechogarniająca cisza bynajmniej nie pomagała pozbyć się zmęczenia. Na gwałt potrzebowała snu, ale jednocześnie wiedziała, że nie miała luksusu, by sobie na niego pozwolić. Zbliżał się zmierzch, a rozbitkowie nie mogli ryzykować zostania w lesie po zmroku. Biorąc pod uwagę wydarzenia wczorajszej nocy, byłoby to samobójstwo. Za cenę upragnionego snu byłaby skłonna zaryzykować swoje życie, ale ich nie mogła na to narażać, a wiedziała, że jeśli ona by została, honorowi mężczyźni by jej nie opuścili. Musiała zacisnąć zęby i brnąć naprzód, udając, że wszystko było w porządku.
Rezultaty wyprawy były dalekie od tych, na które liczyli. Po entuzjastycznych słowach Williama na temat widzianego w oddali dymu, nabrali pewności, że na wyspie znajdowali się inni ludzie. Niestety, oprócz złotej strzały, która teraz leżała na dnie plecaka Conrada („Myślę, że mi złoto przyda się bardziej, niż tej puszczy”), nic nie wskazywało na istnienie tutaj jakiejkolwiek cywilizacji. Po kolejnych minutach bezowocnych poszukiwań, Alexis objęła się ramionami, planując zarządzić w tył zwrot. Czuła, że mężczyźni, podobnie jak ona, zaczęli zdawać sobie sprawę z beznadziejności sytuacji. Wtem, gdy już otwierała usta, kątem oka zarejestrowała, że krzak z jej prawej strony się poruszył. Zatrzymała się gwałtownie, powodując, że idący za nią Christian na nią wpadł.
Proszę, niech to nie będzie żaden wąż, pająk, ani nic, co jest głodne, zdążyła pomyśleć z przestrachem, zanim bliżej nieokreślone stworzenie wypadło spomiędzy gałęzi i ruszyło prosto na nią. Zarejestrowała tylko brązową plamę, która dopadła jej nóg... i zaczęła się do nich łasić.
– Grubas! – wykrzyknęła zdumiona, schylając się i biorąc w ramiona grubego kota. Stęknęła pod jego ciężarem, ale nie powstrzymał jej on przed jego mocnym wyściskaniem. Zwierzę znosiło te czułości ze stoickim spokojem, co było najlepszym dowodem na to, że również stęskniło się za swoją panią. Kiedy jednak chciała go pocałować w pyszczek, kot stwierdził, że na za dużo sobie pozwalała. Miauknął głośno, prosto w jej twarz, racząc ją zapachem zdechłej ryby. Roześmiała się, łaskawie odstawiając go na ziemię. Też cię kocham, śmierdzielu.
Był to pierwszy raz, gdy wypowiedziała te dwa słowa pod jego adresem. Dopóki nie myślała, że go straciła, nie zdawała sobie sprawy, jak bardzo kochała tego irytującego, wiecznie głodnego stwora. W odpowiedzi na jej wyznanie, kot zaczął sobie myć łapę. Nie miała pojęcia, jak ją odszukał, ale nie chciała sobie zaprzątać tym głowy. Ważne, że tu był, żywy. Znalezienie Grubasa nie było jednak końcem niespodzianek. W ślad za nim, zza gęstwiny drzew wyjrzała para wystraszonych oczu. Kilkuletnia dziewczynka ciężko oddychała, jakby dopiero co biegła. Spojrzała na Grubasa, a potem na dorosłych. Nic nie powiedziała, ale jej broda lekko się zatrzęsła. Rozbitkowie popatrzyli po sobie ze zdumieniem.
– Mia! Mia, gdzie jesteś?!
Po lesie echem poniósł się krzyk, ale dziewczynka, zamiast odpowiedzieć, odwróciła się tylko w stronę, z której pochodził. Zaraz potem została porwana w ramiona przez młodą kobietę.
– Mio Colbert! – potrząsnęła dziewczynką za ramiona matka, kucając, by ich twarze znalazły się na równej wysokości.  Jeszcze raz mi uciekniesz, a dostaniesz takie lanie, że przez tydzień nie będziesz mogła usiąść na pupie, zrozumiano?!
Conrad odchrząknął, a kobieta zamarła. Powoli odwróciła głowę, spoglądając na rozbitków i było jasne, że do tej pory nie zdawała sobie sprawy z ich obecności. Wstała powoli i stanęła sztywno, chowając dziecko za sobą. Jej wzrok skrzyżował się ze spojrzeniem Alexis i kobiety przyglądały się sobie przez kilka długich sekund. Przez brud, zadrapania i zaschniętą krew na ich twarzach zabrało to Australijce dużo czasu, ale w końcu rozpoznała w matce i córce te same osoby, które siedziały niedaleko niej w samolocie. Choć obecnie nie była w stanie wykrztusić ani słowa, Mia była tym samym irytującym dzieckiem, które dwa dni temu ciągle wypytywało, czy się rozbiją. Alexis wiedziała, że również nie wyglądała najlepiej, ponieważ dopiero po długiej chwili w oczach matki dziewczynki pojawiło się rozpoznanie. Jej ramiona się rozluźniły, a napięcie zostało zastąpione przez łzy. Kobieta nagle wybuchnęła płaczem, przykładając dłoń do serca. William i Christian wymienili zdumione spojrzenia.
– O, boże, to naprawdę wy... Inni pasażerowie samolotu – łkała kobieta, bezskutecznie próbując się uspokoić. – M-myślałam, że zostałyśmy z Mią same... Tam było tyle ciał...
Dziewczynka objęła matkę w pasie, ale nie spuściła oczu z nowych towarzyszy. Sama nie płakała. Jej twarz była cały czas zastygła w takim samym, nieufnym wyrazie. Alexis zrozumiała, że była w szoku pourazowym, który umiał zmienić nawet najbardziej radosnych ludzi w pełnych strachu mruków. Niektórzy pozostawali tacy już na zawsze.
– Przeżyło szesnaście osób, z wami osiemnaście – odezwał się Reuben w akompaniamencie łkania kobiety. Jego głęboki głos działał uspokajająco. – Samolot rozbił się na plaży, więc tam była większość ocalałych. Jak to się stało, że jesteście tutaj, w samym środku lasu?
Kobieta wierzchem dłoni otarła policzki, oddychając głęboko.
– R-rozbiłyśmy się w lesie, niedaleko plaży. Nie wiem, jak długo byłyśmy nieprzytomne, w każdym razie, gdy się obudziłam, Mia już siedziała obok mnie. Od tamtego czasu nie powiedziała ani słowa... –ponownie zaczęła się trząść, ale już nie płakała.  Kiedy dotarłyśmy do szczątków samolotu, powoli robiło się ciemno. Zastałyśmy dziesiątki martwych, r-rozerwanych ciał. Nikogo żywego. Jeden z kawałków samolotu się palił, więc zostałyśmy przy nim na noc... Następnego dnia poszłyśmy wzdłuż brzegu na wschód, próbując znaleźć innych ocalałych. Gdy wróciłyśmy, z miejsca katastrofy poznikało wiele rzeczy, głównie jedzenie.
– Byliśmy tam wczoraj, właśnie zabrać jedzenie – wtrącił Reuben. – Musieliśmy się minąć.
Kobieta pokiwała głową, bawiąc się palcami.
– Kiedy Mia poszła spać, trochę... uprzątałam miejsce katastrofy – kontynuowała. – Poukładałam obok ciał kwiaty, gorsze okropności zasłoniłam kocem. Nie chciałam, by znów obudziła się w tak wielkim piekle, w jakim zasnęła.
Alexis miała wrażenie, jakby dostała w brzuch i po minach towarzyszy wiedziała, że oni poczuli się podobnie. Ich motywacja i nadzieja na znalezienie na wyspie cywilizacji właśnie zniknęły. Główny dowód na to, iż oprócz ocalałych z katastrofy byli tu jeszcze inni ludzie, właśnie został pogrzebany.
– Strzała – wymamrotał nagle Conrad. – Złota strzała. To też twoja robota?
Kobieta zmarszczyła brwi, patrząc na niego z niezrozumieniem. To im wystarczyło za odpowiedź. Tak szybko jak nadzieja została im odebrana, tak szybko powróciła. Jeśli kobieta nic nie wiedziała o przedmiocie, na który wcześniej się natknęli, znaczyło to, że na wyspie, mimo wszystko, znajdowali się jeszcze inni ludzie.
– Nadal jednak nie odpowiedziałaś na moje pytanie – wtrącił Reuben podejrzliwie. – Co was nakłoniło, by zapuścić się tak daleko w dżunglę?
– Są dwie odpowiedzi na to pytanie – wzruszyła ramionami kobieta, po czym pokazała na wąchającego liście Grubasa. – Pierwszą jest ten przeklęty kot. Wpadłyśmy na niego kilka kilometrów stąd i choć nie był zbyt towarzyski, przez jakiś czas szedł spokojnie obok nas. Kilkanaście minut temu zerwał się do biegu, co trochę mnie zaskoczyło, bo nie myślałam, że taki grubas jest zdolny do czegoś innego, niż toczenia się... W każdym razie, Mia ruszyła za nim, a ja, oczywiście, pobiegłam za nią i takim sposobem na was wpadłyśmy. Powód, dla którego w ogóle weszłyśmy do lasu, jest natomiast pewnie taki sam, jak wasz. Odnalezienie ratunku.
Alexis, której nie spodobało się, że ktoś oprócz niej pozwolił sobie nazwać Grubasa „tym przeklętym kotem”, powiedziała chłodno:
– Chyba nic z tego. Wędrujemy już od kilku godzin i oprócz wbitej w drzewo strzały, nie natknęliśmy się na żadne ślady cywilizacji. Powinniśmy wracać na plażę, zanim się ściemni.
– Chcecie teraz wracać? – zdumiała się kobieta.  Teraz, kiedy jesteśmy tak blisko?
– Blisko czego?
Wskazała na grunt pod ich nogami i spojrzała na nich ze szczerym zaskoczeniem.
– Naprawdę nie zauważyliście? Od jakiegoś czasu wspinamy się na spore wzniesienie. Z jego szczytu będziemy w stanie zobaczyć całą wyspę i tym samym przekonać się, czy ktokolwiek na niej mieszka.
Alexis otworzyła szerzej oczy, najpierw patrząc przed siebie, a potem za siebie. Rzeczywiście, znajdowała się teraz wyżej, niż zaledwie kilkanaście kroków temu. Przez zmęczenie była otępiała, dlatego nic dziwnego, że się nie zorientowała. Wraz z mężczyznami wędrowali tak długo, że oni również mieli prawo być mniej spostrzegawczy, niż zazwyczaj.
Australijka wzięła głęboki wdech, odganiając senność i uniosła głowę do góry, z zacięciem patrząc na całą drogę, którą mieli jeszcze do przejścia. Matka Mii miała rację. Nie mogli teraz zrezygnować.
Szli szybko, popychani do przodu chęcią jak najszybszego odkrycia prawdy o wyspie. Alexis była na końcu grupy, raz po raz się zatrzymując i oddychając ciężko. Grubas nie odstępował jej ani na krok, choć trudno było powiedzieć, czy robił to z przywiązania, czy dlatego, że jako jedyna robiła częste przystanki. Dopadły ją olbrzymie zawroty głowy i wiedziała, że najrozsądniejszym wyjściem byłoby, gdyby została na dole i czekała na powrót towarzyszy. Była jednak przeświadczona o tym, że jest na tyle silna, by przezwyciężyć potrzeby własnego organizmu. Kiedy po raz kolejny się zatrzymała, opierając ciężar swojego ciała o pień drzewa, dołączył do niej Christian.
– Co się dzieje? - spytał zaniepokojony, kładąc dłoń na jej ramieniu.
– Nic – potrząsnęła głową, odpychając się od drzewa. Chłopak musiał ją złapać, żeby nie upadła. – Gdybyś mógł... proszę... wziąć mój plecak. Tylko na parę kroków, zaraz... go od ciebie... przejmę.
Mówiła z trudem, nie do końca wiedząc, czy dalej znajdowała się na jawie, czy już we śnie. Świtało jej, że z jakiegoś powodu powinna pilnować tego plecaka jak oczka w głowie, ale zupełnie nie pamiętała, dlaczego. W głowie dudniło jej tak bardzo, że byłaby skłonna zabić każdego, kto odezwałby się głośniej, niż szeptem. Christian, mimo targania własnego, chętnie przejął jej bagaż. Dostosował do niej tempo marszu i cierpliwie czekał za każdym razem, gdy się zatrzymywała, by odsapnąć. Napomknął o tym, by została tutaj i czekała na ich powrót, ale został zgromiony wzrokiem. Australijka była zbyt uparta i dumna, by zrezygnować z celu, kiedy znajdowała się tak blisko niego.
Zorientowała się, że od jakiegoś czasu las był rzadszy. Drzewa stały w większych odstępach od siebie, a ich liście nie blokowały dostępu słońca i po ziemi błąkały się zagubione promienie. Przestało być nawet nienaturalnie cicho, bowiem wraz z wysokością pojawił się wiatr, grający swoją własną melodię. Rozbitkowie zabijali drogę pogawędkami, a wraz z jasno wytyczonym celem, z ich ramion zniknęło napięcie. Krew z worka Reubena na szczęście skończyła się dopiero wtedy, gdy byli niedaleko szczytu. Jeszcze pół kilometra... dwieście metrów...
Beep. Beep. Beep. Rozbitkowie poskoczyli do góry, a Alexis przyłożyła dłonie do głowy, mając wrażenie, że ta za chwilę eksploduje. Zaraz potem zapomniała o bólu, bowiem dotarło do niej, że był to dźwięk, który modliła się usłyszeć od czasu katastrofy. W plecaku Conrada dzwonił telefon. Nareszcie udało im się złapać sygnał. Wybuchło poruszenie, rozbitkowie w tym samym momencie zaczęli gestykulować rękami, mówiąc jeden przez drugiego:
– Odbierz! Odbierz, do cholery!
Conrad drżącymi dłońmi zdjął plecak i zaczął z niego wyrzucać wszystko po kolei. Alexis wstrzymała oddech, mając wrażenie, że działał zbyt wolno. A jednak po irytująco długiej chwili mężczyzna zdołał wygrzebać telefon. Był tak rozemocjonowany, iż musiał dwa razy naciskać przycisk „odbierz”.
– Halo? Halo? – wydusił do słuchawki.  Nie, nie jestem zainteresowany żadnym ubezpieczeniem, niech pani słucha! Nasz samolot rozbił się dwa dni... Słucham? Ja jestem niekulturalny?! To pani jest niekulturalna!
– Daj mi to! – warknął Reuben, odbierając od niego telefon i popychając go lekko.  Proszę wybaczyć za kolegę. Niech pani mnie wysłucha, to sprawa najwyższej wagi. Jesteśmy rozbitkami lotu 807 z Birmingham do Miami, nasz samolot rozbił się dwa dni temu na terenie Trójkąta Ber... Halo? Halo?
Powtórzył to jeszcze kilka razy, a gdy nie otrzymał odpowiedzi, powoli odjął telefon od ucha. Popatrzył na niego bez wyrazu.
– Rozładował się – oznajmił martwym głosem, po czym niespodziewanie cisnął komórką przed siebie. Urządzenie przeleciało nad ich głowami, trafiając w drzewo w oddali. – Niech to szlag!
Alexis przyłożyła dłoń do ust, doskonale wiedząc, co czuł. Ratunek znajdował się na wyciągnięcie ręki. I wyślizgnął im się z garści.
Po kilku minutach okropnej, przywodzącej na myśl żałobę ciszy, wyruszyli dalej. Może jeszcze nie wszystko było stracone. Może na wyspie istniała cywilizacja. William, który był posiadaczem jednego z dwóch (teraz tylko jednego) działających telefonów w ich grupie, cały czas trzymał swój w dłoni, ale jego mina pozostawała niezmienna i wyrażała jedynie przygnębienie. To cud, że telefon Conrada złapał zasięg i że w dodatku w tym samym momencie ktoś do niego zadzwonił. To była jedna szansa na milion i ją zmarnowali.
Pierwsi rozbitkowie dotarli już na szczyt wzgórza, ale, ku rozpaczy Australijki, nie wydali z siebie żadnych okrzyków radości. Obserwowała, jak Reuben i William obracają się dookoła własnych osi, mrużąc oczy i próbując zobaczyć choć najmniejszą szansę ratunku. Ostatnie kilkanaście kroków pokonała, niemal pełzając z wyczerpania. Kiedy wreszcie dotarła na szczyt, osunęła się na kolana, ale przywołując się do porządku, spróbowała wstać. Dopiero chwyciwszy pomocną dłoń Christiana, była w stanie to zrobić. Rozejrzała się, mrużąc oczy przed różowym światłem wyspy i westchnęła z rozpaczą.
Pod nią znajdowały się hektary lasu. Drzewa obrastały wszystko w zasięgu jej wzroku. Nie było między nimi żadnych większych odstępów. Żadnych pól, żadnych domów. Żadnego dymu, który by świadczył o obecności innego człowieka. Mimo niemal miażdżącego zawodu, który poczuła, Alexis nie mogła się pozbyć wrażenia, że z tą wyspą było coś nie w porządku. Na pierwszy rzut oka wyglądała tak, jak na bezludny ląd przystało, ale jednak już sam fakt, iż niebo nad nią było przez cały dzień różowe, dawał do myślenia. Z punktu, w którym stała, ocean był całkowicie niewidoczny, co zmusiło Australijkę do rozmyślania, jak wiele kilometrów dzisiaj przeszli. Podczas trzygodzinnej wyprawy nie mogli pokonać więcej, niż dwanaście kilometrów. Optycznie wydawało się, jakby przeszli ich co najmniej pięć razy więcej. Nie to jednak najmocniej przykuło uwagę Australijki. Daleko, daleko na zachód, znajdował się przykryty zasłoną mgły łańcuch górski. Pokryte śniegiem szczyty były tak wysokie, że dotykały chmur. I nie byłoby w tym może nic nadzwyczajnie dziwnego, gdyby nie to, że znajdująca się poniżej nich dolina również była zasypana białym puchem. Alexis spojrzała na swoje mokre od potu ubranie i była pewna, że na wyspie nie mogło być mniej, niż trzydzieści stopni. Nawet jeśli od gór dzieliło ją kilkadziesiąt kilometrów, niemożliwym było, by temperatura w jednej strefie klimatycznej tak diametralnie się od siebie różniła.
Objęła się ramionami, próbując znaleźć jakieś logiczne wyjaśnienie i właśnie w tamtym momencie, coś mokrego spadło jej na nos. Chwilę potem poczuła kolejne krople na policzkach i czole. Przełknęła ślinę, powoli podnosząc głowę do góry. Mimo że na niebie nie było ani jednej chmury, bez wątpienia zaczynało padać. Oprócz tego, że Conrad mruknął pod nosem „Cudownie, będziemy cali mokrzy”, nikt nie zwrócił na pogodę większej uwagi. Nikt, oprócz Alexis i Reubena, który nadal trzymał w dłoni pusty już woreczek. Ich spojrzenia się skrzyżowały i w obu znajdowała się taka sama panika. Zapominając o senności, napędzana przerażeniem Austalijka pędem rzuciła się ku ostatniemu oznaczonemu przez mężczyznę drzewu. Deszcz w ciągu zaledwie kilku sekund przekształcił się w ulewę, uderzającą o jej ciało, a pojedyncze krople osiadały na rzęsach, utrudniając widzenie. Niestety, nawet mimo nich widziała, jak jej największy koszmar stawał się rzeczywistością.
Wymalowany krwią znak „x” powoli spływał po korze wraz z wodą. Ich jedyna szansa na znalezienie drogi powrotnej przez dżunglę właśnie znikała z powierzchni ziemi.

__________________________________

Witam Was w ostatni dzień roku 2015 nowym rozdziałem! Planowałam dodać go jutro, ale jako że jutro będę pewnie odsypiać dzisiejszą imprezę, ostatnie dwie godziny spędziłam nad poprawkami, by móc się nim podzielić szybciej (: 
Jest to moje pierwsze opowiadanie ściśle przygodowe, dlatego byłabym wdzięczna za wszelkie porady i uwagi. Jeśli coś Wam gdzieś nie pasuje, akcja dzieje się zbyt szybko bądź zbyt wolno, bardzo Was proszę o dzielenie się szczerymi odczuciami. Chciałabym, żeby wszystko wyszło jak najlepiej. 
Dwa tygodnie temu opracowałam zakładkę Bohaterowie, dlatego jeśli ktoś jej jeszcze nie widział, a ma ochotę, zapraszam (: 
Mam nadzieję, że święta przebiegły Wam w magicznej atmosferze i życzę, żeby taka atmosfera utrzymywała się przez cały rok 2016! :*

Rozbitkowie